Demon Rola – Rozdział 15

Walencja

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

1-2 Września

Valentia – Wyspa Akademicka

 

Zimna furia płonęła w jego wnętrzu, ukrywał ją jednak szczelnie pod maską 001. Adler spojrzał zimnym wzrokiem na dwójkę ze swojego rodzeństwa. 102 siedząca na drzewie odchyliła się lekko, a 66 minimalnie napiął mięśnie. Obawiali się go. Jeszcze tego nie wiedział, ale się zmienił. Aura, która go otaczała, była inna – groźniejsza. Nie zauważył jeszcze tej zmiany, więc i ich reakcja go dziwiła.

Mało go to jednak teraz obchodziło. Bardzo nie podobała mu się sytuacja, w jakiej się znalazł.

– Jesteście na misji – Adler powtórzył te słowa powoli. – Obrona księcia?

– Potwierdzam – odezwała się dziewczyna. – 66 zajmuje się obroną bezpośrednią, a ja pośrednią i ogólną obserwacją – wygięła się, jakby w tanecznym ruchu i spojrzała w stronę domku. – Tobie natomiast przypisali upadłą księżniczkę Finicji.

Adler kiwnął głową.

– Ile jesteście z księciem?

– Dwa miesiące – odpowiedział olbrzym.

– Miesiąc spędziliśmy też pod bezpośrednią obserwacją naszych „kolegów” z sekcji 1 – dodała Adrianna. – Sprawdzali nas.

– Jak wyniki?

Uśmiechnęli się lekko.

– Musieli dostosować do nas skalę – odpowiedział gigant z płomieniem w oku.

– Przekroczyliśmy ich oczekiwania – dodała Adrianna.

Adler wiedział, że nie kłamali. Pamiętał pierwsze testy przeprowadzane na nim przez inne sekcje i ogólne niedowierzanie. Miało to pewną wartość.

– Dobrze – pochwalił ich Adler. – Nie wiele to jednak pewnie zmieniło – spojrzał przez ramię. – Krążą wokół nas jak psy. Ilu ich jest, 102? Ja naliczyłem na razie dwudziestu trzech.

– Jest ich pięćdziesięciu ośmiu. Tych, których widzisz, to część zmiany nocnej.

– Nie ufają nam – stwierdził Adler kwaśno. – Pod de mnie podpięto Tipiza i dwudziestu innych agentów. Grupa mieszana z wielu sekcji. Jesteśmy pod ciągłą obserwacją.

– Nie dziwne – odpowiedział Beniamin. – Mamy wielki potencjał. Boją się.

Cień Demona przeszedł po twarzy Adlera, kiedy uśmiechnął się rozbawiony.

– Głupcy… zostaliśmy stworzeni, by służyć Imperium, a oni ważą się podważać naszą lojalność? – zapytał retorycznie i machnął ręką. – Nieistotne – odetchnął i spojrzał na dziewczynę. – Czy widziałaś innych z rodzeństwa?

– Dwunastu, zawsze obok istotnych osób, głównie dzieci wysoko postawionych – odpowiedziała.

– Są w Valentii?

– Czterech, ale nie ma ich na wyspie Akademickiej, a przynajmniej nie na razie.

Adler schylił głowę i zamyślił się.

– „Imperium zawsze ma plan” – wyszeptał i spojrzał w niebo.

– Co masz na myśli? – zapytał 66.

Adler chciał odpowiedzieć, ale coś przykuło jego uwagę. Odgłos. Niewielkie ruchy Adrianny, potwierdziły jego podejrzenia. Odetchnął poirytowany, schylił się, podniósł niewielki kamyk, zamachnął się i rzucił nim w ciemność. Głuche puknięcie i jęk dotarły do niego z ciemności.

– Następnym razem rzucę nożem – poinformował kryjących się obserwatorów. – Precz mi z oczu. Pozwólcie nam pracować.

Odczekał chwilę i spojrzał na Adriannę. Ta uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Byli już sami. Kontynuował więc spokojnie.

– Sekcja 10 przechodzi teraz jakiś sprawdzian, a wszystko pod czujnym okiem innych sekcji. Widocznie czują się zagrożeni naszymi możliwościami i chcą nas oczernić.

– Nie uda im się – stwierdził 66.

– Nie uda… ale to nie ich natarczywość czy zamiary mnie teraz niepokoją.

– A co? – zapytała Adrianna.

– Brak wyzwania. Każdy sprawdzian powinien być wyzwaniem. Czy mieliście jakieś… „przygody”? – zapytał.

Adrianna oplotła nogami konar i osunęła się z niego, teraz wisząc głową w dół, rozciągnęła ramiona.

– Usunęliśmy grupę terrorystów w czasie sprawdzianu, ale odkąd byliśmy pod księciem, nie było nic nadzwyczajnego. Dwóch snajperów, jeden atak bronią białą. Nic, co mogłoby się równać z twoim wilkołakiem… – odpowiedziała. – Wszystkie cele zostały zlikwidowane bez przeszkód.

Adler skrzywił się lekko, spoglądając na nich.

– A szkoda.

– Szkoda? Byli to wrogowie imperium, powinni zginąć – odpowiedziała.

Adler uniósł na nią krytyczny wzrok.

– Szkoda, że zabiliście ich przed zadaniem pytań – odparł Adler. – Mam nieodparte wrażenie, że Imperium albo organizuje to wszystko, albo pozwala się pewnym wydarzeniom toczyć wedle woli, mimo że mają możliwości je powstrzymać… choć zadawanie pytań i tak pewnie by nie wystarczyło. Wykorzystaliby waszą delikatną reakcję przeciwko Nowym Dzieciom… – zazgrzytał zębami. – Stąpamy po cienkim lodzie.

Adler przeszedł kilka kroków i oparł się o drzewo. Odetchnął zirytowany. Adrianna spojrzała na niego zaciekawiona.

– Właśnie, ta opowieść z wilkołakiem i partyzantami, prawdziwa?

– Prawdziwa. Partyzanci byli dobrze zorganizowani, a wilkołak naprawdę silny. Było to faktyczne wyzwanie – przyznał.

– Byłeś ranny? – Zapytał Ben.

– Nie wystarczająco by mnie zabić – odpowiedział Adler. – Zresztą, doktor Gezken mnie opatrzył.

Na imię ich „stwórcy”, oboje drgnęli.

– Herr Doktor cię lubi – stwierdził 66.

– Dba o ciebie – dodała 102. – Żeby przyjechać aż do Finicji.

Adler pokręcił głową.

– Powiedzmy, że nie przyjechał całkowicie ze swojej woli. Sprowokowałem go, ale to nie jest teraz istotne. Po potyczce z partyzantami i wilkołakiem miałem okazję porozmawiać z doktorem Gezkenem na osobności. Powiedział mi wtedy, że to nie oni zorganizowali tamto wydarzenie.

Dwójka z nich milczała przez moment. W końcu 66 uniósł wzrok.

– Prawda, czy kłamstwo?

– Nie mam jeszcze pewności, ale to wszystko wygląda, zbyt ładnie by było przypadkiem. Góra Sił Specjalnych WIE, że coś się wydarzy i na to pozwala, by nas sprawdzić — zazgrzytał zębami. – Ich arogancja w podważaniu naszej lojalności mnie irytuje – stwierdził. – Szykują wielki finał… a my nie wiemy, co się zbliża.

Pozostała dwójka milczała, oczekując jego dalszych słów. Adler spoglądał przez pewien czas w ziemię, następnie wyprostował się i spojrzał na nich chłodno.

– Od tego momentu, raportujecie i meldujecie wszystko do mnie. Wszystkie informacje, jakie mogą mi się przydać. Zrozumiano?

Spojrzeli po sobie zaskoczeni.

– To nie są nasze rozkazy – stwierdziła 102.

– Nie… – przyznał Adler, unosząc na nią wzrok Demona. – To MOJE rozkazy – oznajmił chłodno.

– Czemu mielibyśmy je wykonać? – zapytał Beniamin.

Adler podszedł do nich powoli i mierząc, ostrym wzrokiem oznajmił.

– Ponieważ nie mam zamiaru dać się zaskoczyć i wy również. Nie ważne co ma nadejść, będziemy gotowi. Potrzebuję do tego jednak informacji i obserwacji. Samemu będę miał mniejszą wydajność, razem możemy więcej zdziałać. Chcą udowodnić, że Sekcja 10 nie powinna istnieć, a Ja nie mam zamiaru na to pozwolić. Nie pozwolę, by rozbito nasz „dom” i rozesłano po wszystkich sekcjach, jako których narzędzia można się pozbyć. Wybierajcie: przyszłość naszej Sekcji 10 albo ciągłe obserwacje ze strony naszych „kolegów” – wskazał palcem w kierunku obserwatorów.

Adrianna i Beniamin spojrzeli po sobie, a następnie kiwnęli głowami.

– Rozumiemy. Gdy tylko coś znajdziemy, przekażemy ci przydatne informacje.

Adler uśmiechnął się zadowolony i ruszył w stronę domku.

– Wracajmy, jutro początek zajęć…

***

Śpiew fal zatoki doszedł do jego uszu. Port w środku nocy wyglądał pięknie. Tłuste statki cywilne stały cicho w porcie, kryjąc pod płytami stali ogromne pomieszczenia, czekające, by wypełnić je cennymi towarami. A tuż za portem, stała Wyspa Akademicka. Teraz oświetlona niewielką ilością świateł, śpiąca. Wysokie budynki uczelni i linie akademików układały się w piękny obraz nadziei i postępu. Zaledwie kawałek od niej, na prawo, wznosiła się Wyspa Królewska. Ta błyszczała tysiącami świateł. Pałac Królewski, największe banki, budynki administracji oraz wysoka wieża ratusza.

Duch wciągnął głęboko powietrze Valentii i uśmiechnął się szeroko.

– Jakże piękne miasto – oznajmił. – Nie zgodzisz się, moja droga?

Balalaika spojrzała na niego krytycznie, znad stołu zastawionego mapami.

– Na razie jest piękne – przyznała. – Widać jednak, że masz zamiar to zmienić.

Duch zachichotał, zamykając za sobą drzwi na balkon.

– Czyż piękno, nie zdobywa swojej wartości, właśnie dlatego, że można je tak łatwo zniszczyć?

Kobieta podniosła na niego zaciekawiony wzrok.

– Czy to dlatego jesteś tak bardzo zainteresowany mną? – Zapytała.

Duch zachichotał.

– Och, nie. Nie moja najdroższa Ludmiło – oznajmił, podchodząc do niej. – Ty jesteś znacznie, znacznie piękniejsza. Spójrz na siebie. Twoje piękno mogło zostać zniszczone przez rany, stres, odrzucenie, a nawet czas – pogładził ją po twarzy. – A spójrz na siebie. Każda blizna, jaką masz na ciele, jedynie potęguje i zwiększa twoje piękno. Dla mnie jesteś prawdziwą boginią piękna. Prawdziwą kobietą. Ideałem.

Duch pochylił się i pocałował ją w usta, Balalaika się nie broniła. Pocałunek był długi i namiętny, kiedy się od siebie odsunęli, Duch uśmiechnął się zadowolony.

– Czyli wolisz mnie, od swojego „Majora”?

Balalaika położyła dłoń na jego kroczu i przygryzła usta.

– Jest stary i dużo pije. Dawniej był wspaniały. Kiedy byłam dziewczyną, oddawałem mu się kompletnie… ale teraz jestem kobietą. Potrzebuję czegoś… większego.

– A ja mogę ci to dać – Duch opuścił spodnie, przyciskając mafiozkę do siebie. – Oddasz mi się całkowicie?

– O ile podołasz – odpowiedziała, zachęcająco zrzucając top.

Duch przyległ do niej, chwytając ją mocno w swoich ramionach.

– Nie zawiedziesz się – oznajmił. – Wszystko, co pragnę, będzie moje… prędzej czy później.

Arie rozkoszy, kiedy złączyli się w pierwotnym tańcu, wydobywały się, wyciszone przez szyby i łączyły się z pieśnią wielkiego miasta.

 

Pieśni tej słuchał Paradoks, siedzący na kominie kamienicy, z butelką wina przy boku. Spoglądał na światła, zachwycony.

– Valentia jest naprawdę piękna o tej porze roku, nie zgodzisz się? – Zapytał, podając komuś kieliszek.

Postać w podartych szatach, okrywających dziwaczny pancerz, przyjęła kieliszek i upiła z niego, ukazując ostre zęby. Chaos rozgniótł szkło w dłoniach i zachichotał.

– Będzie znacznie piękniejsze… kiedy zapłonie…

Paradoks spojrzał na niego krytycznie i następnie nalał mu kolejną porcję.

– Może i masz rację, ale proszę, nie rozgniataj kieliszków, dobre wino się marnuje.

Chaos spojrzał na niego rozbawiony, by następnie wskazać palcem w dół.

– Ciekawy ten chłopak.

Paradoks spojrzał na niego i przytaknął.

– Fakt, nie jest taki zły. Powiem nawet, że jest genialny w łóżku, a przynajmniej na to wygląda – uniósł na niego wzrok. – Nie wiem jednak, czemu jesteś nim tak zainteresowany.

– Tworzy chaos.

– Kontrolowany chaos – odparł Paradoks, upijając trunku. – Aż dziwi mnie, czemu nie ma tu Porządku. Spodobałby mu się taki typ.

Naraz odezwały się kroki i słodki chichot. Piękność okrytą czerwienią uśmiechnęła się do nich serdecznie.

– Nie sposób, w jaki się kocha, nie – odpowiedziała Miłość.

– Witaj piękna – Chaos wyszczerzył się groźnie.

– Witaj, szalony – odpowiedziała miękko.

Paradoks przełknął ślinę, spoglądając na stojącą przed nim dwójkę. Następnie zerknął na butelkę wina i westchnął.

– Coś czuję, że ta nie wystarczy – oznajmił.

– Spokojnie – Miłość wyciągnęła dwie spod swojej sukni. – Przyniosłam coś swojego.

Cała trójka zachichotała, rozsiadając się na dachu.

 

Bo kto powiedział, że najpotężniejsze byty tego świata, nie mogą mieć wolnego wieczoru?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *